czwartek, 28 maja 2015

Podniecać ognień swoich pasji

Z psiej pasji wielu z was mnie już zna i tego, że zatracam się z miłością w tym świecie. Czasem na naszym blogu "Psia Szkoła od kuchni" pojawiały się jakieś kulinarne wpisy, ukazując nasze oblicze domownika i ciepłego gniazdka. Dzisiaj będzie nie inaczej. Moją drugą pasją, a jedną z trzech, jest  gotowanie i mimo, że nie przejawia się ona w jakiejś ogromnej skali, to czasem porywa mnie wyobraźnia świata zapachu, przepięknych barw i rozpływających się smaków na podniebieniu. Uwielbiam prostotę, szybkość gotowania, a najbardziej wspólne chwile przy stole, kiedy każdy kęs oprawiony jest uśmiechem i cudowną rozmową z osobą, którą kocham najbardziej na świecie.
Maszerując przez ciasne alejki sklepowych regałów, załadowanych po brzegi przetworzoną żywnością, kiełbaskami na milion sposobów, słodyczami za półdarmo, poszukiwałam mojego smaku Anglii, bez mięsa, konserwantów, pachnącej ziołami. Niczym nie zrażona zamówiłam karton ziół w Polsce, odnalazłam fantastyczne kulinarne spotkania w naszej liverpoolskiej Polonii i tak oto zrodził się mój własny omlet inspirowany Hiszpanią. Kolorowy, pachnący, pełen chrupiącej papryki, doprawiony wędzoną papryką, pieprzem, solą morską. Jest pysznie i cudownie, a ja mam kawałek swojej kulinarnej przygody w Anglii.
Przepis jest prosty: 
kilka jajek, 
ziemniaki ugotowane w łupach, 
ser żółty wyrazisty,
szpinak, papryka, cebula
przyprawy - sól, pieprz, papryka wędzona, czosnek co wam smak podpowiada

1. Cebulkę pokroić podsmażyć, dodać paprykę a na koniec liście szpinaku. Chrupkość zależy od was.   


2. Ziemniaki ugotować i ochłodzone rozgnieść całe w łupach.  Jaja rozbić i delikatnie roztrzepać - doprawić, dodać 2/3 sera żółtego utartego - resztę zostawić na górę. Wymieszać jaja z ziemniakami, warzywami na jednolitą konsystencję. Ważna jest niedbałość, nie walczcie z kawałeczkami ziemniaków ;)
3. Rozlewamy wyrobioną masę jajeczno-ziemniaczano-warzywną.

4. Całość wkładamy do pieca 180 stopni - na tak długo aż jaja się zetną, a góra zarumieni.


poniedziałek, 18 maja 2015

Homo homini lupus est - czyli uprzejmie donoszę

Ze zjawiskiem donosicielstwa spotkałam się po raz pierwszy w szkole podstawowej. Małe, niepozorne dziewczynki, uprzejmie informowały nauczycieli o każdym najdrobniejszym przewinieniu nieco bardziej rozbrykanego ucznia. Zachowania te albo były wzmacniane przez jeszcze bardziej niedowartościowaną nauczycielkę, albo ignorowane lub wręcz ganione przez wyważoną, pełną życiowej sprawiedliwości boginię małych wojowników. Przez wiele lat żyłam w świecie mniejszej lub większej życiowej przepychanki, ale miałam szczęście i spotkałam się z tym zjawiskiem tylko raz. I znowu napotkałam małą, niepozorną dziewczynkę, która nie radząc sobie w relacji z drugim człowiekiem chętnie korzystała z opcji uprzejmie donoszę. Jej zachowania były akceptowane ale traktowane z przymrużeniem oka, co powodowało raczej uśmiech na twarzy niż złość. I tak wędrowała przez świat z opinią małej donoszącej dziewczynki, pozbawionej koleżanek i kolegów, pnąc się po szczeblach zawodowej kariery. 
Będąc w Anglii odnoszę wrażenie wybuchu epidemii małych donoszących dziewczynek. Krążą niczym sępy z wytężonym uchem, donosząc o najmniejszym człowieka ruchu. A ja patrzę z niedowierzaniem, jak bardzo rozpowszechnione jest to zjawisko. Jeszcze bardziej zadziwiona jestem, wartością czerpanych profitów. I nie wiem czy to jest kwestia naszej narodowej mentalności, braku empatii dla drugiego człowieka, czy zwykłej przyjemności czerpanej z wyrządzania komuś krzywdy. A może właśnie tacy jesteśmy? Mali, niedowartościowani, żądni czyjegoś nieszczęścia. Na szczęście spotykam też wielu uroczych rodaków, o ciepłym sercu, pomocnych, dzielących się tym, co wydaje się tu najcenniejsze - swoim doświadczeniem.

poniedziałek, 11 maja 2015

Poranna kawa

Siedząc w miękkiej kanapie, z kubeczkiem kawy w ręce, zastanawiam się jak bardzo nieprzewidywalne bywają nasze dotychczasowe wizje jutrzejszego dnia. I mimo, że rewolucje bywają nieprzewidywalne, to zmiany z nich wynikające mogą nas przyjemnie zaskoczyć.
Mieszkając na wsi przez ostatnie lata odzwyczaiłam się od miejskiego gwaru, zapchanych ludźmi sieciówek, napadających człowieka w sklepach reklam - ogólnego zgiełku cywilizacji. Przyzwyczajona do wiejskiej ciszy, ptaków, ryczących krów za oknem nauczyłam się oddychać tym, co daje ci przyroda. W lecie, tuż po wschodzie słońca, trzymając w rękach kubeczek ciepłej jeszcze kawy, kontemplowałam zapach łąki skąpanej w pierwszych promykach, a na twarzy czułam lekki wiatr kołyszący trawy. Dafunia z Trini hasały po ogrodzie, a Carmenka z rosą na czole wtulała się we mnie czekając na głaski.  
Te wspomnienia mam często w głowie, kiedy zaglądam o poranku przez okno naszego mieszkania. Czas na wsi, to czas błogiego spokoju i absolutnej sielanki, ładującej na długo życiowe akumulatory. 
I tak sobie myślę, słysząc hałasy miejskiego zgiełku, że czas porannej kawy, to taki czas tylko dla mnie i moich wspomnień i marzeń o małym, rajskim ogrodzie.

środa, 6 maja 2015

Jak to jest, kiedy kocha się swój kraj?

Dużo się ostatnio nad tym zastanawiałam, jak przypadek urodzenia się pod daną szerokością geograficzną określa m.in. twoje prawa obywatelskie. Jeszcze dosadniej odczułam to w urzędzie, podczas wspomnianej wcześniej, miłej pogawędki z panią o związkach partnerskich. I nagle doznałam emocjonalnego olśnienia, że w obcym dla mnie kraju, w którym skazana jestem na bycie emigrantką czuję się lepiej niż w kraju, w którym przeżyłam swoje dotychczasowe życie. Nie miałam jednak do końca świadomości, będąc w Polsce jak dla mnie jest to ważne. Mieć zabezpieczenie prawne do czucia się pełnowartościowym obywatelem, pomimo ograniczonych praw wynikających z emigracji. 
Dyskryminacja nie polega na wykrzykiwaniu inwektyw w czyimś kierunku, ale na nierównym traktowaniu obywateli. Hipokryzją jest udawanie, że w Polsce jest inaczej. Żyjemy w XXI wieku, w środku Europy, a z sejmowych mównic wylewa się mowa nienawiści, strach i zaściankowość, która ma ogromny wpływ na nasze życie. Zmusza nas do wiecznej walki o swoje prawa, szukania prawnych rozwiązań do zabezpieczenie partnera, a z kątów urzędów i tak płynie śmiech, ignorancja, odmowa wydawania prostych dokumentów. Ktoś kto tego nie doświadcza na co dzień nie jest w stanie wyobrazić sobie poczucia ulgi jakie mi towarzyszy. Tutaj nikt z butami nie pcha mi się do łóżka, nie nazywa mnie zboczeńcem, nie oczekuje szufladkowania. Jesteś kim chcesz być, żyjesz jak chcesz żyć, bo pozwala ci na to równe traktowanie.
Kocham Polskę, bo tutaj się urodziłam i wychowałam, znam zapach łąk, chleba, nawet powietrza pachnącego inaczej i nic tego nie zmieni, ale nie mam w sobie zgody na proponowane mi bycie obywatelem drugiej kategorii.
Być może wiele osób nie zrozumie mojej intencji i uzna ten wpis za zwykłe narzekactwo, ale wiem, że wiele pośród mi bliskich osób czuje tak samo, tylko nie chce o tym mówić na głos.

wtorek, 5 maja 2015

Pan w autobusie

W pierwszych dniach mojego pobytu jednym z ważniejszych spotkań było opisane wcześniej pozyskanie insurance number.
Zjadłyśmy śniadanie i dopijając kawę rzuciłyśmy okiem na mapę, gdzie znajduje się owe biuro i jak tam dojechać. Po kilku chwilach domowej debaty ruszyłyśmy z domu w stronę przystanku autobusowego. Niby rzecz prosta, ale jednak samochody jeżdżą tu w innym kierunku i dla świętego spokoju Dani postanowiła zagadać z kierowcą. Autobus podjechał i zgodnie z planem mała pogawędka o kierunku jazdy w znanym nam już narzeczu liverpoolskim. Pan zagulgał bardziej gardłowo i wyraził zaniepokojenie chęcią zakupu przez nas biletów. Stałyśmy nieco osłupiałe, zastanawiając się czy pan nieuprzejmy jest, czy ma jakiś problem. Pan machnął wreszcie ręka i kazał przejść dalej. Trzymając funciaki na bilet w ręce przeszłyśmy w głąb autobusu.
Jadąc tak zerkałam na ciasne uliczki z odrapanymi witrynami sklepów, przemykające angielki w papilotach, koczkach, ubranych jakże odmiennie od tego, do tego czego przyzwyczaiła mnie Polska. Nagle pan zagulgał coś głośniej, domyślając się że to do nas, podeszłyśmy spokojnie do kierowcy. Pan pokazał nam gulgając już dużo przyjemniej, gdzie on jedzie, a gdzie my musimy wysiąść, tłumaczył równie miło, że nie zna dokładnie ulicy, o którą pytamy ale pokazał nam kierunek, w którym należy iść. Wymieniliśmy mnóstwo szczerych uśmiechów i zapytałyśmy ponownie o bilet, chciałyśmy zapłacić za naszą podróż. Pan wygulgał nieco bardziej zrozumiale, że nie płacimy za bilet, bo on nadal nie ma nam wydać reszty, dodam, że koszt biletów 4.4, a pan nie miał wydać jakieś 60 pensów. Pożyczyliśmy sobie miłego dnia i udałyśmy się do urzędu na spotkanie z równie miłą panią...

poniedziałek, 4 maja 2015

Insurance Number‎

Pierwsza wizyta w urzędzie.
Przed podjęciem pracy to pierwszy krok, jaki należy wykonać po przylocie do Anglii. Wydawać się może stresująca, bo przed tobą do wypełnienia jest kwestionariusz i rozmowa z urzędnikiem i tu pierwsza niespodzianka. Pani bardzo miła, akceptująca moją znajomość, tudzież nieznajomość języka miło ze mną gaworzy o moim pobycie w Anglii. Jest pierwszą osobą, z którą spontanicznie rozmawiamy o związkach partnerskich, o tym jak w Polsce postrzega się osoby homoseksualne. Na koniec tej miłej pogawędki pada pytanie - to kiedy ślub? Uśmiech nie znika mi z twarzy... już wiem jak to jest czuć się normalnie.

Pies

Tęskno mi za...psami. Napisałam po raz pierwszy choć tęsknię codziennie.
Angielskie ciekawostki. Psy prowadzane są zazwyczaj na zablokowanej ciągliwej smyczy lub na łańcuszkowym metrowym patencie. Jednym z miejsc gdzie wyprowadza sie psy jest cmentarz. Tak, tak. Tu można wejść z psem nie tylko w odwiedziny, ale koło płotu jest szeroki pas zieleni i tam wyprowadzane są psiaki na spacer. Biegają radośnie po trawce.
Kupy wkładane są do woreczków, ale obyczajnie zostawiane w miejscu wcześniejszego naklockowania. Nie ma koszy. Hmm..nie wiem kto je sprząta...