poniedziałek, 4 maja 2015

Dzień wylotu. Pokonać strach

W nocy obudziłam się i nie bardzo mogłam zasnąć. Słuchałam oddechu moich dziewczynek i wiedziałam, że będę za nimi ogromnie tęsknić.
Jestem zła, że kraj w którym żyję tak nie szanuje mnie jako człowieka. Ogromny stres przed lotem tłamszę ostatnimi przygotowaniami, jem śniadanie, takie ostatnie w Polsce niczym skazaniec, dopijam kawę, biorę prysznic. Dziewczynki są już po śniadaniu, śpią w mojej pościeli. Pożegnanie jest chyba najtrudniejsze dla mnie, bo wiem, że nie zobaczę ich tak długo... Przy pożegnaniu z Carmen rozklejam się kompletnie. Łzy spływają po moich policzkach, dławię cicho płacz i mówię jak bardzo je kocham. Każda dostaje całusa ode mnie, Blekusia i Lakusia też są wycałowane. 
Żegnam się z mamami, oczy napływają łzami, chwytam plecak i ruszam z tatą na lotnisko. Kilka ciepłych słów, uściski, czuję ogromne wsparcie. Nie czekam dłużej, odprawiam się szybko i czekam na lot. Koszmar strachu narasta, ogarnia mnie panika, staram się nad tym zapanować. Wizualizuję tramwaj, pamiętam co powiedziała Dani.To jak jazda pociągiem, tramwajem, spokojnie dasz radę. Siedzę tak z miną znudzonego banana, a w sercu strach jak stodoła. Czuję lekkie rozedrganie w środku, czasem mam wrażenie, że gdyby nie krzesło na którym siedzę, to bym zemdlała. Koncentruję całą swoją uwagę na oddechu. Powtarzam w myślach wdech i wydech, wdech i wydech. Rozluźniasz ciało, każdy mięsień staje się lekki, twoje serce bije regularnie. I tak kilka razy. Koło mnie staje starsza pani, w myślach chcę jej ustąpić miejsce, ale nie mogę, panicznie boję się ruszyć z pozycji znudzonego luzaka z bananem na twarzy. Boję się, że zwymiotuję strachem i osunę na podłogę. W megafonie słychać wezwanie do bramek. Wszyscy się podrywają z miejsc i podążają do bramki. Powolutku mobilizuje siły i wstaję, strach powoli odchodzi, biorę na klatę paraliż wewnętrzny i ruszam lekko znudzona. Mam wykupione miejsce i wiem, że będę wpuszczana wcześniej. Dochodzę do kolejki, jakieś miłe panie pytają mnie po angielsku czy speedy boarding, odpowiadam nieśmiało, że tak i wskazują mi kolejkę obok. Drepczę powolutku do bramki. Strach na chwilę odszedł. Samolotu jeszcze nie ma, a na wyświetlaczu wbija się we mnie napis, proszę czekać...proszę czekać... Jakiś pan koło mnie próbuje założyć zegarek, bransoletka zsuwa się z jego ręki, próbuje jeszcze raz aż bliski jest rezygnacji. Podchodzę, uśmiecham się i proponuję pomoc. To takie miłe dla mnie, lubię być pomocna, no i moje pierwsze konwersacje po angielsku. Razem zakładamy zegarek, pan bardzo dziękuje, a mój banan jest szczery i nie podszyty strachem. W końcu otwierają bramkę i ruszam do przodu, wsiadam do autobusu. Ruszamy powoli krętymi ścieżkami. Pomarańczowy samolot stoi, połyka bagaże, a do brzucha leją się tony paliwa. Autobus staje, a ja czekam, żeby wsiąść do samolotu, znowu dopada mnie strach, ale tłamszę go w żołądku. W końcu ruszamy do przodu, wchodzę schodkami na górę i pytam o moje miejsce. Mam z przodu, w pierwszym rzędzie, z dużą ilością miejsca na nogi. Zaglądam do schowka, a tam leży wielka walizka, szukam miejsca na mój bagaż. Jest, upycham go szybko, bo w kolejce są już następni pasażerowie. Wprawnym ruchem siadam na fotel i nie chcę myśleć co będzie dalej. Samolot wypakowuję się ludźmi, kilka słów od pilota, stewardesa zapoznaje nas z gadżetami, a ja myślę tylko o torebce. Tak, tak, skąd ja wezmę tą torebkę papierową, w myślach wyrzucam sobie - po cholerę wzięłam ten batonik jak nie mam woreczka. Podociskałam opaski, zapięłam pas i wsłuchuję się w odgłosy samolotu. Lekko nami telepie, silniki nabierają mocy i ruszamy po pasie. Nie wiem czy się bać czy nie, ale start wydaje mi się nawet przyjemny. Wbita w fotel unoszę się jak ptak w przestworza. Przemieszany strach z przyjemnością nie pozwala mi na dłużej otworzyć oczu. Mózg szaleje, wyczuwa każdą zmianę wysokości. Na chwile otwieram oczy, łapie poziom i znowu zamykam. I tak przez kolejne kilkadziesiąt minut. W samolocie rozpoczyna się rundka serwowanych napojów i podgrzewanych tostów. Grubiutki, rudy steward pląsa radośnie z ciepłymi kanapkami. Jego głos brzmi jak melodia i jest bardzo kojący. Przez chwilę koncentruję się na jego głosie. Jest taki spokojny. Pomaga mi w odzyskaniu spokoju. Zaczynam się relaksować, ale każdy delikatny spadek w dół powoduję zaburzenia błędnika. He, polubiłam takie boczne kolebanie, jak w pociągu. Na przeciw mnie jest toaleta. Czasem stoją przed nią dwie osoby. Steward robi rundkę z koszem i zbiera żniwo pierwszego obchodu z ruchomym stoliczkiem. Po chwili rozpoczyna się runda druga, a ja zastanawiam się czy jestem w stanie odpiąć pas i pójść do toalety. Robię pierwszy ruch, już chce wstać, ale ubiega mnie jakaś pani. Szybkim ruchem wskakuje do kabiny, a mnie przez głowę wpada myśl – a jak tam utknę i nie otworzę drzwi. Kiedy pani wychodzi obczajam zamek i wskakuję do środka. Uff, stres odpuszcza ale powoli zbliża się lądowanie. To co jest dla mnie najtrudniejsze, to opadanie samolotu, błędnik wtedy szaleje. W głośniku rozbrzmiewa sygnał zapięcia pasów. Schodzimy w dół. Rzucam spojrzenie za okienko i odnajduje szybko stabilny punkt. Wszystko się normuje. Znowu targają mną mieszane uczucia, bo lądowanie jest całkiem przyjemne.
Okazuje się, że to uderzenie kół o pas jest najfajniejsze. Cholera, nie lubię tych emocji we mnie. W końcu stajemy, czekamy na trap. Zabieram mój mały plecak i doświadczam nowego. Robię pierwszy wdech, a w myślach mam morze, piasek i może lepsze życie. Idę dziarskim krokiem do wyjścia i pękam z dumy – dałam radę zapanować nad strachem, zdyscyplinować organizm i narzucić emocjom moją wolę. Jeszcze raz prycham z zadowolenia i dochodzę do wejścia w nowe i nieznane...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz