W nocy
obudziłam się i nie bardzo mogłam zasnąć. Słuchałam oddechu
moich dziewczynek i wiedziałam, że będę za nimi ogromnie tęsknić.
Jestem zła,
że kraj w którym żyję tak nie szanuje mnie jako człowieka.
Ogromny stres przed lotem tłamszę ostatnimi przygotowaniami, jem
śniadanie, takie ostatnie w Polsce niczym skazaniec, dopijam kawę,
biorę prysznic. Dziewczynki są już po śniadaniu, śpią w mojej
pościeli. Pożegnanie jest chyba najtrudniejsze dla mnie, bo wiem,
że nie zobaczę ich tak długo... Przy pożegnaniu z Carmen
rozklejam się kompletnie. Łzy spływają po moich policzkach,
dławię cicho płacz i mówię jak bardzo je kocham. Każda dostaje
całusa ode mnie, Blekusia i Lakusia też są wycałowane.
Żegnam się
z mamami, oczy napływają łzami, chwytam plecak i ruszam z tatą
na lotnisko. Kilka ciepłych słów, uściski, czuję ogromne
wsparcie. Nie czekam dłużej, odprawiam się szybko i czekam na lot.
Koszmar strachu narasta, ogarnia mnie panika, staram się nad tym
zapanować. Wizualizuję tramwaj, pamiętam co powiedziała Dani.To
jak jazda pociągiem, tramwajem, spokojnie dasz radę. Siedzę tak z
miną znudzonego banana, a w sercu strach jak stodoła. Czuję lekkie
rozedrganie w środku, czasem mam wrażenie, że gdyby nie krzesło
na którym siedzę, to bym zemdlała. Koncentruję całą swoją uwagę
na oddechu. Powtarzam w myślach wdech i wydech, wdech i wydech.
Rozluźniasz ciało, każdy mięsień staje się lekki, twoje serce
bije regularnie. I tak kilka razy. Koło mnie staje starsza pani, w
myślach chcę jej ustąpić miejsce, ale nie mogę, panicznie boję
się ruszyć z pozycji znudzonego luzaka z bananem na twarzy. Boję
się, że zwymiotuję strachem i osunę na podłogę. W megafonie
słychać wezwanie do bramek. Wszyscy się podrywają z miejsc i
podążają do bramki. Powolutku mobilizuje siły i wstaję, strach
powoli odchodzi, biorę na klatę paraliż wewnętrzny i ruszam lekko
znudzona. Mam wykupione miejsce i wiem, że będę wpuszczana
wcześniej. Dochodzę do kolejki, jakieś miłe panie pytają mnie po
angielsku czy speedy boarding, odpowiadam nieśmiało, że tak i wskazują mi
kolejkę obok. Drepczę powolutku do bramki. Strach na chwilę
odszedł. Samolotu jeszcze nie ma, a na wyświetlaczu wbija się we
mnie napis, proszę czekać...proszę czekać... Jakiś pan koło
mnie próbuje założyć zegarek, bransoletka zsuwa się z jego
ręki, próbuje jeszcze raz aż bliski jest rezygnacji. Podchodzę,
uśmiecham się i proponuję pomoc. To takie miłe dla mnie, lubię
być pomocna, no i moje pierwsze konwersacje po angielsku. Razem
zakładamy zegarek, pan bardzo dziękuje, a mój banan jest szczery i
nie podszyty strachem. W końcu otwierają bramkę i ruszam do
przodu, wsiadam do autobusu. Ruszamy powoli krętymi ścieżkami.
Pomarańczowy samolot stoi, połyka bagaże, a do brzucha leją się
tony paliwa. Autobus staje, a ja czekam, żeby wsiąść do samolotu,
znowu dopada mnie strach, ale tłamszę go w żołądku. W końcu
ruszamy do przodu, wchodzę schodkami na górę i pytam o moje
miejsce. Mam z przodu, w pierwszym rzędzie, z dużą ilością miejsca
na nogi. Zaglądam do schowka, a tam leży wielka walizka, szukam
miejsca na mój bagaż. Jest, upycham go szybko, bo w kolejce są już
następni pasażerowie. Wprawnym ruchem siadam na fotel i nie chcę
myśleć co będzie dalej. Samolot wypakowuję się ludźmi, kilka
słów od pilota, stewardesa zapoznaje nas z gadżetami, a ja myślę
tylko o torebce. Tak, tak, skąd ja wezmę tą torebkę papierową, w
myślach wyrzucam sobie - po cholerę wzięłam ten batonik jak nie
mam woreczka. Podociskałam opaski, zapięłam pas i wsłuchuję się
w odgłosy samolotu. Lekko nami telepie, silniki nabierają mocy i
ruszamy po pasie. Nie wiem czy się bać czy nie, ale start wydaje mi
się nawet przyjemny. Wbita w fotel unoszę się jak ptak w
przestworza. Przemieszany strach z przyjemnością nie pozwala mi na
dłużej otworzyć oczu. Mózg szaleje, wyczuwa każdą zmianę
wysokości. Na chwile otwieram oczy, łapie poziom i znowu zamykam. I
tak przez kolejne kilkadziesiąt minut. W samolocie rozpoczyna się
rundka serwowanych napojów i podgrzewanych tostów. Grubiutki, rudy
steward pląsa radośnie z ciepłymi kanapkami. Jego głos brzmi jak
melodia i jest bardzo kojący. Przez chwilę koncentruję się na
jego głosie. Jest taki spokojny. Pomaga mi w odzyskaniu spokoju.
Zaczynam się relaksować, ale każdy delikatny spadek w dół
powoduję zaburzenia błędnika. He, polubiłam takie boczne
kolebanie, jak w pociągu. Na przeciw mnie jest toaleta. Czasem stoją
przed nią dwie osoby. Steward robi rundkę z koszem i zbiera żniwo
pierwszego obchodu z ruchomym stoliczkiem. Po chwili rozpoczyna się
runda druga, a ja zastanawiam się czy jestem w stanie odpiąć pas i
pójść do toalety. Robię pierwszy ruch, już chce wstać, ale
ubiega mnie jakaś pani. Szybkim ruchem wskakuje do kabiny, a mnie
przez głowę wpada myśl – a jak tam utknę i nie otworzę drzwi.
Kiedy pani wychodzi obczajam zamek i wskakuję do środka. Uff, stres
odpuszcza ale powoli zbliża się lądowanie. To co jest dla mnie
najtrudniejsze, to opadanie samolotu, błędnik wtedy szaleje. W
głośniku rozbrzmiewa sygnał zapięcia pasów. Schodzimy w dół.
Rzucam spojrzenie za okienko i odnajduje szybko stabilny punkt.
Wszystko się normuje. Znowu targają mną mieszane uczucia, bo
lądowanie jest całkiem przyjemne.
Okazuje się,
że to uderzenie kół o pas jest najfajniejsze. Cholera, nie lubię
tych emocji we mnie. W końcu stajemy, czekamy na trap. Zabieram mój
mały plecak i doświadczam nowego. Robię pierwszy wdech, a w myślach
mam morze, piasek i może lepsze życie. Idę dziarskim krokiem do
wyjścia i pękam z dumy – dałam radę zapanować nad strachem,
zdyscyplinować organizm i narzucić emocjom moją wolę. Jeszcze raz
prycham z zadowolenia i dochodzę do wejścia w nowe i nieznane...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz