Droga do
domu
Jadę
samochodem spokojnymi uliczkami, mijam małe domki, rozkwitające
drzewa, a słońce ogrzewa mi policzki. Nie mam ochoty na batonik, a
mój w kieszeni jest stopiony. Pomyślałam, że trochę przypomina
mi mnie i moją podróż. Jestem takim rozklejonym batonikiem w
hermetycznym opakowaniu. W środku galareta, a na zewnątrz dobrze
trzymające opakowanie. Jadę i przemykają mi różne myśli.
Liverool mnie nie odpycha, wręcz przeciwnie, jest trochę leniwy,
jak Myślenice, zielony i mile zaskakujący. Jedziemy, nagle
rozpoznaję ulicę i wiem, że za chwilę zobaczę Dani. Radość
miesza się ze łzami, najchętniej stałabym w uścisku wieki. W
sercu robi mi się ciepło... Jestem w domu, choć drugi dom daleko.
Łzy znowu napływają mi do oczu. Czuję się szczęśliwa i
rozerwana jednocześnie. Wszystko się miesza, stres, podróż,
powitanie, rozstanie, mam mętlik w głowie.
Jemy obiad,
jedziemy na zakupy i do nowego domu. Podjeżdżamy na podwórko,
poznaję blok. Idziemy przez podwórko, wspinamy się schodami na
zewnętrzną klatkę. Idziemy na koniec korytarza, dochodzimy do
czerwonawych drzwi. Wchodzę...Wrzucam jakieś siatki, zabrane z auta
i rzucam pierwsze spojrzenie na mieszkanie. Słońce wpada przez
ogromne okno. Przez głowę mi przelatuje – to twój nowy dom...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz