W pierwszych dniach mojego pobytu jednym z ważniejszych spotkań było opisane wcześniej pozyskanie insurance number.
Zjadłyśmy śniadanie i dopijając kawę rzuciłyśmy okiem na mapę, gdzie znajduje się owe biuro i jak tam dojechać. Po kilku chwilach domowej debaty ruszyłyśmy z domu w stronę przystanku autobusowego. Niby rzecz prosta, ale jednak samochody jeżdżą tu w innym kierunku i dla świętego spokoju Dani postanowiła zagadać z kierowcą. Autobus podjechał i zgodnie z planem mała pogawędka o kierunku jazdy w znanym nam już narzeczu liverpoolskim. Pan zagulgał bardziej gardłowo i wyraził zaniepokojenie chęcią zakupu przez nas biletów. Stałyśmy nieco osłupiałe, zastanawiając się czy pan nieuprzejmy jest, czy ma jakiś problem. Pan machnął wreszcie ręka i kazał przejść dalej. Trzymając funciaki na bilet w ręce przeszłyśmy w głąb autobusu.
Jadąc tak zerkałam na ciasne uliczki z odrapanymi witrynami sklepów, przemykające angielki w papilotach, koczkach, ubranych jakże odmiennie od tego, do tego czego przyzwyczaiła mnie Polska. Nagle pan zagulgał coś głośniej, domyślając się że to do nas, podeszłyśmy spokojnie do kierowcy. Pan pokazał nam gulgając już dużo przyjemniej, gdzie on jedzie, a gdzie my musimy wysiąść, tłumaczył równie miło, że nie zna dokładnie ulicy, o którą pytamy ale pokazał nam kierunek, w którym należy iść. Wymieniliśmy mnóstwo szczerych uśmiechów i zapytałyśmy ponownie o bilet, chciałyśmy zapłacić za naszą podróż. Pan wygulgał nieco bardziej zrozumiale, że nie płacimy za bilet, bo on nadal nie ma nam wydać reszty, dodam, że koszt biletów 4.4, a pan nie miał wydać jakieś 60 pensów. Pożyczyliśmy sobie miłego dnia i udałyśmy się do urzędu na spotkanie z równie miłą panią...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz