Siedząc w miękkiej kanapie, z kubeczkiem kawy w ręce, zastanawiam się jak bardzo nieprzewidywalne
bywają nasze dotychczasowe wizje jutrzejszego dnia. I mimo, że rewolucje bywają nieprzewidywalne, to zmiany z nich wynikające mogą nas przyjemnie zaskoczyć.
Mieszkając na wsi przez ostatnie lata odzwyczaiłam się od miejskiego gwaru, zapchanych ludźmi sieciówek, napadających człowieka w sklepach reklam - ogólnego zgiełku cywilizacji. Przyzwyczajona do wiejskiej ciszy, ptaków, ryczących krów za oknem nauczyłam się oddychać tym, co daje ci przyroda. W lecie, tuż po wschodzie słońca, trzymając w rękach kubeczek ciepłej jeszcze kawy, kontemplowałam zapach łąki skąpanej w pierwszych promykach, a na twarzy czułam lekki wiatr kołyszący trawy. Dafunia z Trini hasały po ogrodzie, a Carmenka z rosą na czole wtulała się we mnie czekając na głaski.
Te wspomnienia mam często w głowie, kiedy zaglądam o poranku przez okno naszego mieszkania. Czas na wsi, to czas błogiego spokoju i absolutnej sielanki, ładującej na długo życiowe akumulatory.
I tak sobie myślę, słysząc hałasy miejskiego zgiełku, że czas porannej kawy, to taki czas tylko dla mnie i moich wspomnień i marzeń o małym, rajskim ogrodzie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz