czwartek, 28 maja 2015

Podniecać ognień swoich pasji

Z psiej pasji wielu z was mnie już zna i tego, że zatracam się z miłością w tym świecie. Czasem na naszym blogu "Psia Szkoła od kuchni" pojawiały się jakieś kulinarne wpisy, ukazując nasze oblicze domownika i ciepłego gniazdka. Dzisiaj będzie nie inaczej. Moją drugą pasją, a jedną z trzech, jest  gotowanie i mimo, że nie przejawia się ona w jakiejś ogromnej skali, to czasem porywa mnie wyobraźnia świata zapachu, przepięknych barw i rozpływających się smaków na podniebieniu. Uwielbiam prostotę, szybkość gotowania, a najbardziej wspólne chwile przy stole, kiedy każdy kęs oprawiony jest uśmiechem i cudowną rozmową z osobą, którą kocham najbardziej na świecie.
Maszerując przez ciasne alejki sklepowych regałów, załadowanych po brzegi przetworzoną żywnością, kiełbaskami na milion sposobów, słodyczami za półdarmo, poszukiwałam mojego smaku Anglii, bez mięsa, konserwantów, pachnącej ziołami. Niczym nie zrażona zamówiłam karton ziół w Polsce, odnalazłam fantastyczne kulinarne spotkania w naszej liverpoolskiej Polonii i tak oto zrodził się mój własny omlet inspirowany Hiszpanią. Kolorowy, pachnący, pełen chrupiącej papryki, doprawiony wędzoną papryką, pieprzem, solą morską. Jest pysznie i cudownie, a ja mam kawałek swojej kulinarnej przygody w Anglii.
Przepis jest prosty: 
kilka jajek, 
ziemniaki ugotowane w łupach, 
ser żółty wyrazisty,
szpinak, papryka, cebula
przyprawy - sól, pieprz, papryka wędzona, czosnek co wam smak podpowiada

1. Cebulkę pokroić podsmażyć, dodać paprykę a na koniec liście szpinaku. Chrupkość zależy od was.   


2. Ziemniaki ugotować i ochłodzone rozgnieść całe w łupach.  Jaja rozbić i delikatnie roztrzepać - doprawić, dodać 2/3 sera żółtego utartego - resztę zostawić na górę. Wymieszać jaja z ziemniakami, warzywami na jednolitą konsystencję. Ważna jest niedbałość, nie walczcie z kawałeczkami ziemniaków ;)
3. Rozlewamy wyrobioną masę jajeczno-ziemniaczano-warzywną.

4. Całość wkładamy do pieca 180 stopni - na tak długo aż jaja się zetną, a góra zarumieni.


poniedziałek, 18 maja 2015

Homo homini lupus est - czyli uprzejmie donoszę

Ze zjawiskiem donosicielstwa spotkałam się po raz pierwszy w szkole podstawowej. Małe, niepozorne dziewczynki, uprzejmie informowały nauczycieli o każdym najdrobniejszym przewinieniu nieco bardziej rozbrykanego ucznia. Zachowania te albo były wzmacniane przez jeszcze bardziej niedowartościowaną nauczycielkę, albo ignorowane lub wręcz ganione przez wyważoną, pełną życiowej sprawiedliwości boginię małych wojowników. Przez wiele lat żyłam w świecie mniejszej lub większej życiowej przepychanki, ale miałam szczęście i spotkałam się z tym zjawiskiem tylko raz. I znowu napotkałam małą, niepozorną dziewczynkę, która nie radząc sobie w relacji z drugim człowiekiem chętnie korzystała z opcji uprzejmie donoszę. Jej zachowania były akceptowane ale traktowane z przymrużeniem oka, co powodowało raczej uśmiech na twarzy niż złość. I tak wędrowała przez świat z opinią małej donoszącej dziewczynki, pozbawionej koleżanek i kolegów, pnąc się po szczeblach zawodowej kariery. 
Będąc w Anglii odnoszę wrażenie wybuchu epidemii małych donoszących dziewczynek. Krążą niczym sępy z wytężonym uchem, donosząc o najmniejszym człowieka ruchu. A ja patrzę z niedowierzaniem, jak bardzo rozpowszechnione jest to zjawisko. Jeszcze bardziej zadziwiona jestem, wartością czerpanych profitów. I nie wiem czy to jest kwestia naszej narodowej mentalności, braku empatii dla drugiego człowieka, czy zwykłej przyjemności czerpanej z wyrządzania komuś krzywdy. A może właśnie tacy jesteśmy? Mali, niedowartościowani, żądni czyjegoś nieszczęścia. Na szczęście spotykam też wielu uroczych rodaków, o ciepłym sercu, pomocnych, dzielących się tym, co wydaje się tu najcenniejsze - swoim doświadczeniem.

poniedziałek, 11 maja 2015

Poranna kawa

Siedząc w miękkiej kanapie, z kubeczkiem kawy w ręce, zastanawiam się jak bardzo nieprzewidywalne bywają nasze dotychczasowe wizje jutrzejszego dnia. I mimo, że rewolucje bywają nieprzewidywalne, to zmiany z nich wynikające mogą nas przyjemnie zaskoczyć.
Mieszkając na wsi przez ostatnie lata odzwyczaiłam się od miejskiego gwaru, zapchanych ludźmi sieciówek, napadających człowieka w sklepach reklam - ogólnego zgiełku cywilizacji. Przyzwyczajona do wiejskiej ciszy, ptaków, ryczących krów za oknem nauczyłam się oddychać tym, co daje ci przyroda. W lecie, tuż po wschodzie słońca, trzymając w rękach kubeczek ciepłej jeszcze kawy, kontemplowałam zapach łąki skąpanej w pierwszych promykach, a na twarzy czułam lekki wiatr kołyszący trawy. Dafunia z Trini hasały po ogrodzie, a Carmenka z rosą na czole wtulała się we mnie czekając na głaski.  
Te wspomnienia mam często w głowie, kiedy zaglądam o poranku przez okno naszego mieszkania. Czas na wsi, to czas błogiego spokoju i absolutnej sielanki, ładującej na długo życiowe akumulatory. 
I tak sobie myślę, słysząc hałasy miejskiego zgiełku, że czas porannej kawy, to taki czas tylko dla mnie i moich wspomnień i marzeń o małym, rajskim ogrodzie.

środa, 6 maja 2015

Jak to jest, kiedy kocha się swój kraj?

Dużo się ostatnio nad tym zastanawiałam, jak przypadek urodzenia się pod daną szerokością geograficzną określa m.in. twoje prawa obywatelskie. Jeszcze dosadniej odczułam to w urzędzie, podczas wspomnianej wcześniej, miłej pogawędki z panią o związkach partnerskich. I nagle doznałam emocjonalnego olśnienia, że w obcym dla mnie kraju, w którym skazana jestem na bycie emigrantką czuję się lepiej niż w kraju, w którym przeżyłam swoje dotychczasowe życie. Nie miałam jednak do końca świadomości, będąc w Polsce jak dla mnie jest to ważne. Mieć zabezpieczenie prawne do czucia się pełnowartościowym obywatelem, pomimo ograniczonych praw wynikających z emigracji. 
Dyskryminacja nie polega na wykrzykiwaniu inwektyw w czyimś kierunku, ale na nierównym traktowaniu obywateli. Hipokryzją jest udawanie, że w Polsce jest inaczej. Żyjemy w XXI wieku, w środku Europy, a z sejmowych mównic wylewa się mowa nienawiści, strach i zaściankowość, która ma ogromny wpływ na nasze życie. Zmusza nas do wiecznej walki o swoje prawa, szukania prawnych rozwiązań do zabezpieczenie partnera, a z kątów urzędów i tak płynie śmiech, ignorancja, odmowa wydawania prostych dokumentów. Ktoś kto tego nie doświadcza na co dzień nie jest w stanie wyobrazić sobie poczucia ulgi jakie mi towarzyszy. Tutaj nikt z butami nie pcha mi się do łóżka, nie nazywa mnie zboczeńcem, nie oczekuje szufladkowania. Jesteś kim chcesz być, żyjesz jak chcesz żyć, bo pozwala ci na to równe traktowanie.
Kocham Polskę, bo tutaj się urodziłam i wychowałam, znam zapach łąk, chleba, nawet powietrza pachnącego inaczej i nic tego nie zmieni, ale nie mam w sobie zgody na proponowane mi bycie obywatelem drugiej kategorii.
Być może wiele osób nie zrozumie mojej intencji i uzna ten wpis za zwykłe narzekactwo, ale wiem, że wiele pośród mi bliskich osób czuje tak samo, tylko nie chce o tym mówić na głos.

wtorek, 5 maja 2015

Pan w autobusie

W pierwszych dniach mojego pobytu jednym z ważniejszych spotkań było opisane wcześniej pozyskanie insurance number.
Zjadłyśmy śniadanie i dopijając kawę rzuciłyśmy okiem na mapę, gdzie znajduje się owe biuro i jak tam dojechać. Po kilku chwilach domowej debaty ruszyłyśmy z domu w stronę przystanku autobusowego. Niby rzecz prosta, ale jednak samochody jeżdżą tu w innym kierunku i dla świętego spokoju Dani postanowiła zagadać z kierowcą. Autobus podjechał i zgodnie z planem mała pogawędka o kierunku jazdy w znanym nam już narzeczu liverpoolskim. Pan zagulgał bardziej gardłowo i wyraził zaniepokojenie chęcią zakupu przez nas biletów. Stałyśmy nieco osłupiałe, zastanawiając się czy pan nieuprzejmy jest, czy ma jakiś problem. Pan machnął wreszcie ręka i kazał przejść dalej. Trzymając funciaki na bilet w ręce przeszłyśmy w głąb autobusu.
Jadąc tak zerkałam na ciasne uliczki z odrapanymi witrynami sklepów, przemykające angielki w papilotach, koczkach, ubranych jakże odmiennie od tego, do tego czego przyzwyczaiła mnie Polska. Nagle pan zagulgał coś głośniej, domyślając się że to do nas, podeszłyśmy spokojnie do kierowcy. Pan pokazał nam gulgając już dużo przyjemniej, gdzie on jedzie, a gdzie my musimy wysiąść, tłumaczył równie miło, że nie zna dokładnie ulicy, o którą pytamy ale pokazał nam kierunek, w którym należy iść. Wymieniliśmy mnóstwo szczerych uśmiechów i zapytałyśmy ponownie o bilet, chciałyśmy zapłacić za naszą podróż. Pan wygulgał nieco bardziej zrozumiale, że nie płacimy za bilet, bo on nadal nie ma nam wydać reszty, dodam, że koszt biletów 4.4, a pan nie miał wydać jakieś 60 pensów. Pożyczyliśmy sobie miłego dnia i udałyśmy się do urzędu na spotkanie z równie miłą panią...

poniedziałek, 4 maja 2015

Insurance Number‎

Pierwsza wizyta w urzędzie.
Przed podjęciem pracy to pierwszy krok, jaki należy wykonać po przylocie do Anglii. Wydawać się może stresująca, bo przed tobą do wypełnienia jest kwestionariusz i rozmowa z urzędnikiem i tu pierwsza niespodzianka. Pani bardzo miła, akceptująca moją znajomość, tudzież nieznajomość języka miło ze mną gaworzy o moim pobycie w Anglii. Jest pierwszą osobą, z którą spontanicznie rozmawiamy o związkach partnerskich, o tym jak w Polsce postrzega się osoby homoseksualne. Na koniec tej miłej pogawędki pada pytanie - to kiedy ślub? Uśmiech nie znika mi z twarzy... już wiem jak to jest czuć się normalnie.

Pies

Tęskno mi za...psami. Napisałam po raz pierwszy choć tęsknię codziennie.
Angielskie ciekawostki. Psy prowadzane są zazwyczaj na zablokowanej ciągliwej smyczy lub na łańcuszkowym metrowym patencie. Jednym z miejsc gdzie wyprowadza sie psy jest cmentarz. Tak, tak. Tu można wejść z psem nie tylko w odwiedziny, ale koło płotu jest szeroki pas zieleni i tam wyprowadzane są psiaki na spacer. Biegają radośnie po trawce.
Kupy wkładane są do woreczków, ale obyczajnie zostawiane w miejscu wcześniejszego naklockowania. Nie ma koszy. Hmm..nie wiem kto je sprząta...

Japonki

Jeśli nie wiesz ile jest stopni na polu, to i tak się nie dowiesz patrząc na ludzi spacerujących ulicami. Od kilku dni jest zdecydowanie zimno, rano około 7 stopni. Czasem przeleci mały deszczyk, wietrzysko chce urwać głowę, a czasem walnie z grubej rury. Ludzie na ulicy od krótkich spodni, japonek na nogach po wełniane czapki na głowach. Szczytem była pewna panna w kożuszku w japonkach. Ech...

Moda

Jechałyśmy wczoraj do centrum autobusem. Hmm - moda - a co to takiego? Generalnie ludzie wyglądają jak by się w second handach ubierali i do tego niezbyt dobrego sortu, nic nie pasuje do siebie, byle obcisłe z futerkiem i te koczki na głowie. Absolutny czad. Wałki, tlenione loki to wyraźny znak rozpoznawczy. Panowie średnia 165, co jest bardzo odczuwalne w autobusie - czytaj nogi nawiń sobie na szyję. Do tej pory ludzie raczej sympatyczni i pomocni. I to gulganie

Plusy

Liverpool sam w sobie nie jest piękny, ale podoba mi się kilka rzeczy. Jest tu bardzo zielono, mnóstwo pasów zieleni, drzew już kwitnących i osiedla z małymi domkami. Nic nie niepokoi oka jak moloch blokowiska, a tu tego nie ma i to jest dla mnie duży plus. Natomiast wszędzie są śmieci, bo koszy nie ma i chyb nikt tego nie sprząta. Cudowność domków polega na tym, że każdy ma swój mały przydomowy raj po pracy, często z ogródkiem. Choć niektórzy z wygody zamieniają to na betonowe place. Dla mnie to jest ogromny atut Anglii, bo stosunkowo niewielkim kosztem możesz wynająć mały raj dla siebie, nie obciążając się jakimś koszmarnym kredytem do końca swojego życia. 
Teraz mieszkamy w małym, 63 metrowym mieszkanku, jednym z tańszych na rynku. I to jest kolejny urok Liverpoolu. Kolejna fantastyczna rzecz to dla mnie klimat. Miałam ogromną frajdę jak przyleciałam, bo z nieba rozlewało się słońce i było naprawdę ciepło, ale w powietrzu czuć delikatny nadmorski chłód. Co do języka, hmmm, po wylądowaniu miałam wrażenie, że jestem w Holandii oni gulgają. Mam nadzieję, że moje ucho z czasem załapie ten gulg i zacznę rozpoznawać w nim język angielski

Nieznane

Za dużo emocji, nie mogłam zasnąć. Sen przerywany i to światło miejskości za oknem. O czwartej mój mózg postanowił mnie wybudzić, zmylony dobiegającym światłem zza okna. Zeszłam na dół, postawiłam czajnik z wodą i zrobiłam sobie kawę. Brak internetu ogranicza moją chęć podzielenia się tym co u mnie. Włączam film i dopijam powoli ciepłą kawę. Przed ostatnim łykiem idę zrobić grzankę z serem. Włączam opiekacz, rozkładam ser na kanapce i wkładam do nagrzanego opiekacza. Ser syczy powoli, wylewając się ze środka.
W kuchni unosi się zapach rozgrzanego chleba i roztopionego sera. Z rozkoszą zjadam pierwszy kawałek i myślę sobie, że to takie moje pierwsze śniadanie w nieznanym. Dani powoli budzi się i tak rozpoczynam nowe w nieznanym, innym od mojego świata świecie. Powoli zbieram rozmaite myśli. Czas ruszyć na kolejne zakupy. Obserwując kompletnie inną rzeczywistość, buduję w głowie obraz mojego domu. Tu, w tym dziwnym nieznanym kraju, tak odmiennym od Polski. Z tym nieznanym, pozostaję w myślach niespokojna i trochę zła, bo przede mną nowe, nie dość łatwe wyzwania, a czasu się nie da przeskoczyć.

Pierwsze zakupy razem

Idziemy do sklepu po nowe życie, dookoła słyszę gulganie i śmiejąc się zastanawiam czy wylądowałam w Anglii czy Holandii. Ludzie rozmawiają ze sobą w zabawnie brzmiącym zaśpiewie. A najzabawniejsze jest to, że nic kompletnie nie rozumiem. Idziemy z Dani do sklepu, na nasze pierwsze od pół roku zakupy, zakupy w zupełnie innym wymiarze. Wszystko wydaje się jednocześnie dziwne i przyjemne. To uczucie towarzyszy mi już od kilku tygodni i chyba sama nie umiem go dokładnie nazwać. Lekko oszołomiona jeszcze po podróży i dość silnych emocjach pląsam między regałami. Przypomina mi się moje pierwsze spotkanie z Dani i zakupy jakie robiłyśmy wspólnie po raz pierwszy. Nie miałam kompletnie żadnego pomysłu na jedzenie, co kupić. Oszołomiona snułam się między regałami jak dziś. Zmieszane emocje wciąż wypełniały moją głowę. To było takie dziwne...

Poznawanie

Droga do domu
Jadę samochodem spokojnymi uliczkami, mijam małe domki, rozkwitające drzewa, a słońce ogrzewa mi policzki. Nie mam ochoty na batonik, a mój w kieszeni jest stopiony. Pomyślałam, że trochę przypomina mi mnie i moją podróż. Jestem takim rozklejonym batonikiem w hermetycznym opakowaniu. W środku galareta, a na zewnątrz dobrze trzymające opakowanie. Jadę i przemykają mi różne myśli. Liverool mnie nie odpycha, wręcz przeciwnie, jest trochę leniwy, jak Myślenice, zielony i mile zaskakujący. Jedziemy, nagle rozpoznaję ulicę i wiem, że za chwilę zobaczę Dani. Radość miesza się ze łzami, najchętniej stałabym w uścisku wieki. W sercu robi mi się ciepło... Jestem w domu, choć drugi dom daleko. Łzy znowu napływają mi do oczu. Czuję się szczęśliwa i rozerwana jednocześnie. Wszystko się miesza, stres, podróż, powitanie, rozstanie, mam mętlik w głowie.
Jemy obiad, jedziemy na zakupy i do nowego domu. Podjeżdżamy na podwórko, poznaję blok. Idziemy przez podwórko, wspinamy się schodami na zewnętrzną klatkę. Idziemy na koniec korytarza, dochodzimy do czerwonawych drzwi. Wchodzę...Wrzucam jakieś siatki, zabrane z auta i rzucam pierwsze spojrzenie na mieszkanie. Słońce wpada przez ogromne okno. Przez głowę mi przelatuje – to twój nowy dom...

Dzień wylotu. Pokonać strach

W nocy obudziłam się i nie bardzo mogłam zasnąć. Słuchałam oddechu moich dziewczynek i wiedziałam, że będę za nimi ogromnie tęsknić.
Jestem zła, że kraj w którym żyję tak nie szanuje mnie jako człowieka. Ogromny stres przed lotem tłamszę ostatnimi przygotowaniami, jem śniadanie, takie ostatnie w Polsce niczym skazaniec, dopijam kawę, biorę prysznic. Dziewczynki są już po śniadaniu, śpią w mojej pościeli. Pożegnanie jest chyba najtrudniejsze dla mnie, bo wiem, że nie zobaczę ich tak długo... Przy pożegnaniu z Carmen rozklejam się kompletnie. Łzy spływają po moich policzkach, dławię cicho płacz i mówię jak bardzo je kocham. Każda dostaje całusa ode mnie, Blekusia i Lakusia też są wycałowane. 
Żegnam się z mamami, oczy napływają łzami, chwytam plecak i ruszam z tatą na lotnisko. Kilka ciepłych słów, uściski, czuję ogromne wsparcie. Nie czekam dłużej, odprawiam się szybko i czekam na lot. Koszmar strachu narasta, ogarnia mnie panika, staram się nad tym zapanować. Wizualizuję tramwaj, pamiętam co powiedziała Dani.To jak jazda pociągiem, tramwajem, spokojnie dasz radę. Siedzę tak z miną znudzonego banana, a w sercu strach jak stodoła. Czuję lekkie rozedrganie w środku, czasem mam wrażenie, że gdyby nie krzesło na którym siedzę, to bym zemdlała. Koncentruję całą swoją uwagę na oddechu. Powtarzam w myślach wdech i wydech, wdech i wydech. Rozluźniasz ciało, każdy mięsień staje się lekki, twoje serce bije regularnie. I tak kilka razy. Koło mnie staje starsza pani, w myślach chcę jej ustąpić miejsce, ale nie mogę, panicznie boję się ruszyć z pozycji znudzonego luzaka z bananem na twarzy. Boję się, że zwymiotuję strachem i osunę na podłogę. W megafonie słychać wezwanie do bramek. Wszyscy się podrywają z miejsc i podążają do bramki. Powolutku mobilizuje siły i wstaję, strach powoli odchodzi, biorę na klatę paraliż wewnętrzny i ruszam lekko znudzona. Mam wykupione miejsce i wiem, że będę wpuszczana wcześniej. Dochodzę do kolejki, jakieś miłe panie pytają mnie po angielsku czy speedy boarding, odpowiadam nieśmiało, że tak i wskazują mi kolejkę obok. Drepczę powolutku do bramki. Strach na chwilę odszedł. Samolotu jeszcze nie ma, a na wyświetlaczu wbija się we mnie napis, proszę czekać...proszę czekać... Jakiś pan koło mnie próbuje założyć zegarek, bransoletka zsuwa się z jego ręki, próbuje jeszcze raz aż bliski jest rezygnacji. Podchodzę, uśmiecham się i proponuję pomoc. To takie miłe dla mnie, lubię być pomocna, no i moje pierwsze konwersacje po angielsku. Razem zakładamy zegarek, pan bardzo dziękuje, a mój banan jest szczery i nie podszyty strachem. W końcu otwierają bramkę i ruszam do przodu, wsiadam do autobusu. Ruszamy powoli krętymi ścieżkami. Pomarańczowy samolot stoi, połyka bagaże, a do brzucha leją się tony paliwa. Autobus staje, a ja czekam, żeby wsiąść do samolotu, znowu dopada mnie strach, ale tłamszę go w żołądku. W końcu ruszamy do przodu, wchodzę schodkami na górę i pytam o moje miejsce. Mam z przodu, w pierwszym rzędzie, z dużą ilością miejsca na nogi. Zaglądam do schowka, a tam leży wielka walizka, szukam miejsca na mój bagaż. Jest, upycham go szybko, bo w kolejce są już następni pasażerowie. Wprawnym ruchem siadam na fotel i nie chcę myśleć co będzie dalej. Samolot wypakowuję się ludźmi, kilka słów od pilota, stewardesa zapoznaje nas z gadżetami, a ja myślę tylko o torebce. Tak, tak, skąd ja wezmę tą torebkę papierową, w myślach wyrzucam sobie - po cholerę wzięłam ten batonik jak nie mam woreczka. Podociskałam opaski, zapięłam pas i wsłuchuję się w odgłosy samolotu. Lekko nami telepie, silniki nabierają mocy i ruszamy po pasie. Nie wiem czy się bać czy nie, ale start wydaje mi się nawet przyjemny. Wbita w fotel unoszę się jak ptak w przestworza. Przemieszany strach z przyjemnością nie pozwala mi na dłużej otworzyć oczu. Mózg szaleje, wyczuwa każdą zmianę wysokości. Na chwile otwieram oczy, łapie poziom i znowu zamykam. I tak przez kolejne kilkadziesiąt minut. W samolocie rozpoczyna się rundka serwowanych napojów i podgrzewanych tostów. Grubiutki, rudy steward pląsa radośnie z ciepłymi kanapkami. Jego głos brzmi jak melodia i jest bardzo kojący. Przez chwilę koncentruję się na jego głosie. Jest taki spokojny. Pomaga mi w odzyskaniu spokoju. Zaczynam się relaksować, ale każdy delikatny spadek w dół powoduję zaburzenia błędnika. He, polubiłam takie boczne kolebanie, jak w pociągu. Na przeciw mnie jest toaleta. Czasem stoją przed nią dwie osoby. Steward robi rundkę z koszem i zbiera żniwo pierwszego obchodu z ruchomym stoliczkiem. Po chwili rozpoczyna się runda druga, a ja zastanawiam się czy jestem w stanie odpiąć pas i pójść do toalety. Robię pierwszy ruch, już chce wstać, ale ubiega mnie jakaś pani. Szybkim ruchem wskakuje do kabiny, a mnie przez głowę wpada myśl – a jak tam utknę i nie otworzę drzwi. Kiedy pani wychodzi obczajam zamek i wskakuję do środka. Uff, stres odpuszcza ale powoli zbliża się lądowanie. To co jest dla mnie najtrudniejsze, to opadanie samolotu, błędnik wtedy szaleje. W głośniku rozbrzmiewa sygnał zapięcia pasów. Schodzimy w dół. Rzucam spojrzenie za okienko i odnajduje szybko stabilny punkt. Wszystko się normuje. Znowu targają mną mieszane uczucia, bo lądowanie jest całkiem przyjemne.
Okazuje się, że to uderzenie kół o pas jest najfajniejsze. Cholera, nie lubię tych emocji we mnie. W końcu stajemy, czekamy na trap. Zabieram mój mały plecak i doświadczam nowego. Robię pierwszy wdech, a w myślach mam morze, piasek i może lepsze życie. Idę dziarskim krokiem do wyjścia i pękam z dumy – dałam radę zapanować nad strachem, zdyscyplinować organizm i narzucić emocjom moją wolę. Jeszcze raz prycham z zadowolenia i dochodzę do wejścia w nowe i nieznane...